Saturday, May 30, 2009

Europoseł PO Tadeusz Zwiefka musi odejsc, Polacy nie glosujmy na ludzi szkodzacych Polsce

Europoseł PO Tadeusz Zwiefka musi odejsc, Polacy nie glosujmy na ludzi szkodzacych Polsce
Tadeusz Zwiefka TEGO NIE POPIERAL A NAWET BLOKOWAL






Kontakt
Biuro w Brukseli

Bât. Altiero Spinelli
05F154
60, rue Wiertz / Wiertzstraat 60
B-1047 Bruxelles/BrusselTel. +32 (0) 2 28 47 258

Fax +32 (0)2 284 9258



Biuro w Strasburgu

Bât. Louise Weiss
T11086
Allée du Printemps
BP 10024/F
F-67070 Strasbourg Cedex

Fax +33 (0)3 88 17 9258



Wojewódzkie Biuro Poselskie

ul. Gdańska 31/6,
85-005 Bydgoszcztel. 604 455 005

fax. (52) 327 01 05





Biuro Poselskie

ul. Żeglarska 31, 87-100 Toruń

tel. (56) 621 14 54





Biuro Poselskie

Ul. Tylna 2a, 89-500 Tuchola

tel./fax. 052 334 20 84





Biuro Poselskie

ul. Królewiecka 22
87-800 Włocławek

tel. 600 96 44 66

fax.(54) 411 60 00


Klęska Polski w PE: Pilecki nie będzie patronem dnia ofiar totalitaryzmu

PILECKI Witold (1901-1948)pseudonyms „Witold", „Tomek", „Romek", conspirational surnames: „Tomasz Serafiński", „Roman Jezierski, „Leon Bryjak", „Jan Uznański", „Witold Smoliński", codename „T-IV"; officer of the Polish Army reserves, cofounder of the Polish Secret Army, voluntary prisoner of the KL Auschwitz, officer of the Main Headquarters of the Home Army and “NIE”, political prisoner of the Stalinist period, the victim of a judiciary murder.
PILECKI Witold (1901-1948)pseudonimy „Witold", „Tomek", „Romek",nazwiska konspiracyjne: „Tomasz Serafiński", „Roman Jezierski, „Leon Bryjak", „Jan Uznański", „Witold Smoliński", kryptonim „T-IV";oficer rezerwy Wojska Polskiego, współzałożyciel Tajnej Armii Polskiej, dobrowolny więzień KL Auschwitz, oficer Komendy Głównej Armii Krajowej i „NIE", więzień polityczny okresu stalinowskiego, ofiara mordu sądowego.
Bohater Europy – rotmistrz Witold Pilecki
Marcin Wawrzyniak

W tysiącletniej historii naszego Narodu jest wielu autentycznych bohaterów, którzy poświęceniem dla dobra Ojczyzny i bliźnich, a także bezgraniczną odwagą, dali wyraz najwyższego człowieczeństwa. Wielu z nich doczekało się spiżowego pomnika, na trwałe wpisując się w tożsamość Polaków. Są jednak i tacy, których z historii próbowano wymazać, a pamięć o nich karać więzieniem. Osobą-symbolem tych tragicznych bohaterów jest rotmistrz Witold Pilecki – najodważniejszy żołnierz II wojny światowej.
Rok 2008 upływa pod znakiem 60-tej rocznicy dokonania zbrodni na Witoldzie Pileckim, rotmistrzu kawalerii Wojska Polskiego, żołnierzu Polskiego Państwa Podziemnego i organizatorze ruchu oporu w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, skazanym przez władze Polski Ludowej na karę śmierci. Witold Pilecki jest symbolem całego pokolenia żołnierzy wyklętych, którzy najpierw broniąc Naród przed fizyczną eksterminacją z rąk hitlerowców, po 1945 roku stanęli do walki z nowym, sowieckim okupantem. Rotmistrz Pilecki to bohater uosabiający uniwersalne cnoty, jak uczciwość, szlachetność, honor, odwaga i umiłowanie Ojczyzny. Na nich których ufundowana jest cywilizacja łacińska. Szczególnie dziś, w czasach moralnego i etycznego relatywizmu oraz dominacji fałszywych autorytetów, Polska i Europa powinny przypomnieć sobie o prawdziwym bohaterze.
Urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu koło jeziora Ładoga, w północnej Rosji, jako wnuk zesłańca po powstaniu styczniowym. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, pieczętującej się herbem Leliwa, od pokoleń mieszkającej na Litwie. Swój szlak bojowy rozpoczął walcząc w wojnie polsko-bolszewickiej. Brał udział w obronie Grodna, walczył w bitwie warszawskiej, a później wyzwalał Wilno, za co został dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wybuchu II wojny światowej, walczył w szeregach 19 Dywizji Piechoty WP, rozwiązując swój pluton dopiero 17 października 1939 r. Przeszedł do konspiracji. 9 listopada 1939 roku w Warszawie Pilecki, Włodarkiewicz i kilku innych oficerów założyli jedną z pierwszych wojskowych organizacji konspiracyjnych pod nazwą Tajna Armia Polska, podporządkowaną później Związkowi Walki Zbrojnej. Gdy latem 1940 r. dotarły do Warszawy pierwsze wiadomości o organizowanym przez Niemców obozie koncentracyjnym KL Auschwitz,

Pilecki zgłosił majorowi Włodarkiewiczowi projekt swojego dobrowolnego pójścia do obozu dla przesyłania raportów o sytuacji oraz stworzenia tam zakonspirowanej organizacji oporu wśród więźniów. 19 września 1940 podczas łapanki pozwolił aresztować się Niemcom. Do obozu trafił w nocy z 21 na 22 września 1940 roku wraz z tzw. drugim transportem warszawskim. Otrzymał numer obozowy 4859. Prawdopodobnie był jedynym ochotnikiem w historii II Wojny Światowej, który poszedł do Oświęcimia świadomie i dobrowolnie. Pod przybranym nazwiskiem, jako Tomasz Serafiński stał się głównym organizatorem ruchu oporu w KL Auschwitz, a założona przez niego organizacja Związek Organizacji Wojskowej liczyła przeszło 1000 konspiratorów (należał do niej m.in. rzeźbiarz Xawery Dunikowski). Zamiarem Pileckiego było połączenie wszystkich grup konspiracyjnych i przygotowanie powstania w obozie. ZOW organizowała samopomoc dla więźniów, akcje dożywiania, tajną służbę lekarską oraz przekazywała wiadomości z zewnątrz. Pilecki opracowywał regularne sprawozdania przesłane później do dowództwa w Warszawie i dalej na Zachód. Jego raport był jednym z głównych, jak nie jedynym źródeł wiedzy Aliantów o sytuacji w KL Auschwitz. Po 1942 roku jednym z zadań konspiracji było organizowanie ucieczek z obozu, z których około 200 zakończyło się sukcesem. W jednej z nich w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. uciekł Pilecki. Wkrótce po tym skontaktował się z oddziałami AK. W okresie 1943-1944 służył w oddziale III Kedywu KG AK. Wielokrotnie apelował do władz konspiracyjnych o przeprowadzenie zbrojnego ataku na KL Auschwitz i oswobodzenie więźniów. Nie było to jednak wykonalne siłami Armii Krajowej.W Warszawie skontaktował się z rodzinami kilkunastu więźniów i uzyskał dla nich zapomogi z funduszów AK. Pomagał im też w życiowych sprawach. Wkrótce po tym zaczął pracować nad utworzeniem nowej organizacji – NIE, przygotowywanej w przewidywaniu sowieckiej okupacji Polski. Po wybuchu powstania warszawskiego Pilecki ochotniczo (oficerowie NIE byli wyłączeni z walk powstańczych) wstąpił do I batalionu zgrupowania Chrobry II. Później, jako dowódca 2. Kompanii walczył w rejonie Dworca Pocztowego, w tzw. Reducie Witolda, jednej z najdłużej bronionych redut powstańczych. 5 października 1944 r. jako jeniec trafił do oflagu VII A w Murnau, gdzie przebywał do wyzwolenia obozu. Pomimo zakończenia wojny Pilecki pozostał w konspiracji. Zgłosił się do 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa we Włoszech z prośbą o możliwość pełnienia dalszej służby w kraju. Jak sam miał powiedzieć: „"po Powstaniu ja też znalazłem się po tamtej stronie a rozumiałem dobrze, że obowiązkiem moim jest być tu w Kraju [jakkolwiek mnie tam było lepiej], gdyż wynikało to z obowiązków nowej pracy i nowo złożonej przysięgi". W tym czasie Polskę terroryzowały komunistyczne UB, KBW, Informacja Wojskowa, wspierane przez NKWD i Smiersz. Ostrze represji skierowano przeciwko ruchowi niepodległościowemu, szczególnie żołnierzom Armii Krajowej. W takiej sytuacji, wierny przysiędze, zaczął organizować swoją siatkę informacyjną. Mieszkał w Warszawie w różnych miejscach. W wolnym czasie gromadził materiały o Oświęcimiu, przygotowywał książkę. We wrześniu 1946 r. powierzono mu zadanie rozwiązania oddziałów leśnych i pomocy szczególnie narażonym osobom w legalizacji swojej sytuacji lub ucieczce na Zachód. Sam wielokrotnie odmawiał opuszczenia Polski, sprzeciwiając się nawet rozkazowi gen. Andersa. Pętla wokół Pileckiego zaczęła się coraz bardziej zaciskać.

8 maja 1947 Witold Pilecki został aresztowany w Warszawie. UB natychmiast aresztowało kolejne 23 osoby. Grupa musiała być o dłuższego czasu rozpracowywana. Pilecki trafił do pawilonu X więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej. Śledztwo w jego sprawie prowadził cieszący się sławą okrutnika i kata płk. Różański. Według relacji kilku więźniów, Pilecki miał zdarte paznokcie, nie mógł utrzymać prosto głowy, skłaniał się chodząc. Jednak to go nie złamało. Nikogo nie wydał, do końca zachował honor oficera Wojska Polskiego. 3 marca 1948 r. przed Sądem Wojskowym w Warszawie rozpoczął się proces tzw. „Grupy Witolda”. Rotmistrza Pileckiego oskarżono o m.in. prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz Andersa, przygotowywanie zamachu na dygnitarzy MBP oraz nielegalne posiadanie broni. Składowi sędziowskiemu przewodniczył ppłk. Jan Hryckowian, a oskarżał prokurator wojskowy Czesław Łapiński (obaj byli dawnymi oficerami AK). Proces miał charakter pokazowy. 15 maja 1948 roku rotmistrz Witold Pilecki został skazany na karę śmierci. Po wysłuchaniu wyroku Pilecki powiedział: „a więcej nikogo nie wzięli. Ja już żyć nie mogę, mnie wykończono. Bo Oświęcim to była igraszka”. Pilecki oraz jego małżonka Maria wystąpili o łaskę do „prezydenta” Bolesława Bieruta, agenta NKWD. Bierut z aktu łaski nie skorzystał. O odmowę poprosił go ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Prawdopodobnie bał się, że Pilecki ujawni prawdę o jego działalności w obozie, gdzie Cyrankiewicz miał być konfidentem donoszącym na współwięźniów. Prawda mogła zaszkodzić wizerunkowi Cyrankiewicza, z którego powojenna propaganda uczyniła głównego organizatora i bohatera konspiracji w KL Auschwitz. Do swojego współwięźnia, ks. Czajkowskiego, Pilecki powiedział, że: „jeżeli Cyrankiewicz dowie się o moim [tu] pobycie – będę zgładzony”. Jak się później okazało, od października 1956 ten wieloletni premier PRL blokował wszystkie wysiłki córki Pileckiego, Zofii, walczącej o rehabilitację ojca. Stan ten utrzymywał się jeszcze długo po śmierci Cyrankiewicza, do roku 1990.

Wieczorem 25 maja 1948 r. w starej kotłowni więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej, wykonano wyrok śmierci na rotmistrzu Witoldzie Pileckim, strzałem w tył głowy. Pozostawił żonę, córkę i syna. Miejsce pochówku Rotmistrza do dziś pozostaje nieznane. Prawdopodobnie zwłoki zakopano na wysypisku śmieci pod murem Cmentarza Powązkowskiego (kwatera Ł – łączka, miejsce pochówku wielu ofiar mordów sądowych czasów stalinowskich). Do końca PRL informacje o losach i dokonaniach Witolda Pileckiego podlegały najostrzejszej cenzurze, porównywalnej ze sprawą Katynia.Wyrok w sprawie Witolda Pileckiego anulowano dopiero 1 października 1990 roku. 30 lipca 2006 roku Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie rtm. Witolda Pileckiego Orderem Orła Białego. 7 maja 2008 r. Senat RP przyjął uchwałę w sprawie przywrócenia pamięci zbiorowej Polaków bohaterskiej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego. Z treści uchwały wynika jednoznacznie, że Witold Pilecki „[…] jest godnym naśladowania wzorem Polaka”, a jego ścieżka życiowa stawia rotmistrza „[…] wśród najodważniejszych ludzi na świecie i powinna stać się dla Europy i świata wzorem bohaterstwa oraz symbolem oporu przeciw systemom totalitarnym”. Jak jednak słusznie senatorowie zauważyli „[…] niemal udało się zniszczyć pamięć o nim, […] a młode pokolenie nadal zbyt mało wie o Witoldzie Pileckim”. Uchwałę puentuje wezwanie, że „[…] pamięć o nim powinna być jednym z elementów budujących zbiorową tożsamość Polaków”. Ponieważ „[…] całe życie Witolda Pileckiego jest wzorem, jak żyć i jak – jeśli trzeba – umierać za Ojczyznę”.
W książce "Six Faces of Courage", opublikowanej w 1971 roku, historyk brytyjski prof. Michael Foot zaliczył rotmistrza Witolda Pileckiego do sześciu najodważniejszych ludzi ruchu oporu w okresie II wojny światowej.
Każdy z nas powinien wspomnieć Witolda Pileckiego i podziękować rotmistrzowi za wspaniałą lekcję patriotyzmu, honoru, odwagi oraz niezłomności, jakiej ten udzielił nam, ponosząc za to największą ofiarę. Chwała bohaterowi!
Zdjęcia i cytaty pochodzą ze strony internetowej:www.powstanie-warszawskie-1944.ac.pl/biog_pilecki.htm
W europarlamencie przepadł pomysł by polski bohater, rotmistrz Witold Pilecki został patronem Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – dowiedział się serwis tvp.info.
O to, by takie święto obchodzono 25 maja, w rocznicę egzekucji bohatera zabiegali europosłowie PiS, m.in. Hanna Foltyn-Kubicka. Ideę święta wpisali w projekt rezolucji PE „Sumienie Europy a totalitaryzm”. Wypadła ona jednak z kompromisowego tekstu wynegocjowanego m.in. przez przedstawicieli UEN (frakcji, w której jest PiS), EPP (frakcji w której jest PO) i liberałów (frakcji, w której jest Partia Demokratyczna).
- Było mi bardzo przykro, ale niestety nie dało się nic zrobić. Nie było zgody wśród innych frakcji na ten pomysł – mówi tvp.info prof. Wojciech Roszkowski (PiS).
Rotmistrz Witold Pilecki to legendarny żołnierz podziemia z okresu II wojny światowej. Z własnej inicjatywy trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie organizował ruch oporu. Po ucieczce z obozu walczył w powstaniu warszawskim. W 1947 został schwytany przez komunistyczne władze, osądzony w pokazowym procesie, skazany na karę śmieci i stracony. Na jego skazanie naciskał ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Polityk również był więźniem Auschwitz i próbował przypisywać sobie obozowe zasługi Pileckiego.
=========================
Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie wzywa wszystkich polskich eurodeputowanych, którzy nie poparli 2 kwietnia podczas głosowania w Parlamencie Europejskim zgłoszonych przez Hannę Foltyn-Kubicką poprawek do rezolucji “Świadomość europejska a totalitaryzm” – mających na celu wpisanie rotmistrza Witolda Pileckiego do tekstu dokumentu oraz ustanowienie dnia 25 maja (rocznicy jego śmierci) Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – do publicznego ogłoszenia rezygnacji z dalszego udziału w życiu politycznym….
Czy logo frakcji jest ważniejsze niż Godło Rzeczpospolitej? Czyli o głosowaniu w sprawie Rotmistrza Witolda Pileckiego.
Wielokrotnie twierdziłam, iż polscy posłowie do Parlamentu Europejskiego potrafią, w sprawach ważnych dla Polski, zakopać partyjne podziały i wspólnie walczyć o ważne dla Polski cele. Nie ukrywam, iż świadomość tego faktu była dla mnie ważna. Byłam z tego powodu dumna. Do niedawna…
Obywatele zarzucają politykom, że ci nie dotrzymują danego słowa. W wielu krajach opowiadane są mniej lub bardziej zabawne dowcipy o politykach, którym przez pomyłkę zdarzyło się dotrzymać słowa. Jak dotąd podchodziłam do tego typu stwierdzeń jak do każdego innego stereotypu. Oczywiście jest w tym ziarno prawdy, niemniej takie generalizowanie jest naiwne i krzywdzące, przez co nie uchodzi ludziom na pewnym poziomie. Teraz jednak, po głosowaniu nad moimi poprawkami, dotyczącymi ustanowienia rocznicy śmierci Rotmistrza Witolda Pileckiego dniem Walki Bohaterów z Totalitaryzmami widzę, iż bardzo często deklaracje, zarówno publiczne, jak i te składane w zupełnie prywatnych rozmowach przez kolegów parlamentarzystów, nie warte były energii wydatkowanej na poruszanie szczękami.
Zaledwie kilkoro spośród polskich posłów do parlamentu Europejskiego nie zrzeszonych w Grupie Unii na Rzecz Europy Narodów zagłosowało za uczczeniem pamięci wybitnego Polaka. Człowieka, który w poświęceniu dla wielu narodów dobrowolnie wszedł do piekła na ziemi, jakim był obóz zagłady Auschwitz. W późniejszych wypowiedziach prasowych posłowie Kaczmarek i Rosati, którzy poparli poprawki, twierdzili, iż wielu posłów zagłosowało przeciw ze względu na toczącą się w Polsce dyskusję, dotyczącą przeszłości Lecha Wałęsy. (patrz: Pilecki w cieniu sporu o Lecha Walęsę >>)Panowie wybaczą, ale dawno nie słyszałam o czymś równie irracjonalnym.
Prawda jest natomiast taka, iż zagłosowali według instrukcji grupy politycznej, choć mieli świadomość, że nie grożą im za to żadne konsekwencje ze strony swoich frakcji. Z parlamentarzystów należących do PO wyłamali się tylko Małgorzata Handzlik i Filip Kaczmarek, na lewicy Dariusz Rosati i Bogdan Golik. Najwyraźniej inni wyżej cenili logo frakcji w której zasiadają, niż Godło z Orłem Białym, którym pośmiertnie odznaczony został Rotmistrz Pilecki. Co ciekawe, za upamiętnieniem rotmistrza było wielu posłów z np. Wielkiej Brytanii – a przecież oni również dostali wytyczne grupy...
Chciałabym jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy poparli moją inicjatywę i mam nadzieję, że wykażą się większą chęcią do współpracy w przyszłości – bo w kwestii Rotmistrza Pileckiego jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia…
P.S. klikając na ten link można zapoznać się ze szczegółowymi wynikami głosowań.
Z inicjatywy Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem z siedzibą w Oświęcimiu wraz oraz Państwowego Muzeum Auschwitz — Birkenau obok „Koryznówki” w Nowym Wiśniczu odsłonięta zostanie Tablica Pamięci poświęcona rtm. Witoldowi Pileckiemu. W bieżącym roku przypada 65. rocznica słynnej ucieczki Witołda Piłeckiego z obozu oraz 60. rocznica Jego śmierci. Odsłonięcie tablicy zaplanowane zostało na 13 czerwca, w czasie obchodów uroczystości związanej z I Transportem Polskich Więźniów Politycznych z Tarnowa do obozu w Oświęcimiu. 20 czerwca 1940 roku przywieziono z Nowego Wiśnicza do Auschwitz drugi transport polskich więźniów politycznych. Chcąc powiązać wspomniane wydarzenia, grupa byłych więźniów KL Auschwitz uczestniczących w uroczystościach w Tarnowie weźmie udział w odsłonięciu wspomnianej Tablicy w Nowym Wiśniczu.za http://umwisnicz.home.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=875&Itemid=2Prosimy o pisanie protestow do Platformy Obywatelskiej I Rzadu Donalda Tuska w obronie Radia Maryja I profesora Jerzego Roberta Nowaka.Biuro Krajowe POul.Andersa 21, 00-159 Warszawatel.: (0 prefix 22) 635-78-79, (0 prefix 22) 831-55-07fax: (0 prefix 22) 635-76-41Instytut Obywatelski PO RPCzynny od poniedziałku do piątku w godz. 9-17ul. Marszałkowska 87 lok. 85, 00-683 Warszawatel. 22 402 42 01 wew 116fax 22 402 42 01 wew 113Redakcja serwisu Platforma.orgul. Marszałkowska 87 lok. 85tel.: (0 prefix 22) 402 42 03Okręg wyborczy nr 1 obejmuje obszar województwa pomorskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Gdańsk.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Grunwaldzka 8280-244 Gdańsk(58) 741 61 50Okręg wyborczy nr 2 obejmuje obszar województwa kujawsko-pomorskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Bydgoszcz.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Gdańska 31/685-005 Bydgoszcz(52) 322 65 56; fax. (52) 327 01 05Okręg wyborczy nr 3 obejmuje obszar województwa podlaskiego i województwa warmińsko-mazurskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Olsztyn.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Bałtycka 210-136 Olsztyn(89) 535 05 87Okręg wyborczy nr 4 obejmuje obszar części województwa mazowieckiego: m. st. Warszawy oraz powiatów: grodziskiego, legionowskiego, nowodworskiego, otwockiego, piaseczyńskiego, pruszkowskiego, warszawskiego zachodniego i wołomińskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Warszawa.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POal. Jerozolimskie 3000-024 Warszawa(22) 621 34 45; fax. (22) 621 57 81Okręg wyborczy nr 5 obejmuje obszar części województwa mazowieckiego: powiatów- ciechanowskiego, gostynińskiego, mławskiego, płockiego, płońskiego, przasnyskiego, sierpeckiego, sochaczewskiego, żuromińskiego, żyrardowskiego, białobrzeskiego, grójeckiego, kozienickiego, lipskiego, przysuskiego, radomskiego, szydłowieckiego, zwoleńskiego, garwolińskiego, łosickiego, makowskiego, mińskiego, ostrołęckiego, ostrowskiego, pułtuskiego, siedleckiego, sokołowskiego, węgrowskiego, wyszkowskiego oraz miast na prawach powiatu - Płock, Radom, Ostrołęka i Siedlce.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Warszawa.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POal. Jerozolimskie 3000-024 Warszawa(22) 621 34 45; fax. (22) 621 57 81Okręg wyborczy nr 6 obejmuje obszar województwa łódzkiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Łódź.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Piotrkowska 6190 - 417 Łódź(42) 636 23 11Okręg wyborczy nr 7 obejmuje obszar województwa wielkopolskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Poznań.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Zwierzyniecka 1360-813 Poznań(61) 842 72 23, fax. (61) 842 72 38Okręg wyborczy nr 8 obejmuje obszar województwa lubelskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Lublin.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Krakowskie Przedmieście 10/520-002 Lublin(81) 534 67 26Okręg wyborczy nr 9 obejmuje obszar województwa podkarpackiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Rzeszów.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Ks. Jałowego 10/735-010 Rzeszów(17) 862 91 10Okręg wyborczy nr 10 obejmuje obszar województwa małopolskiego i województwa świętokrzyskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Kraków.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Gertrudy 26/2931-048 Kraków(12) 421 05 33, (12) 421 46 61Okręg wyborczy nr 11 obejmuje obszar województwa śląskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Katowice.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. 3 Maja 17/240-097 Katowice (32) 259 72 92Okręg wyborczy nr 12 obejmuje obszar województwa dolnośląskiego i województwa opolskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Wrocław.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POul. Oławska 250-123 Wrocław(71) 344 39 39Okręg wyborczy nr 13 obejmuje obszar województwa lubuskiego i województwa zachodniopomorskiego.Siedziba Okręgowej Komisji Wyborczej - Gorzów Wielkopolski.Siedziba Regionalnego Komitetu Wyborczego POal. Papieża Jana Pawła II 11/270-415 Szczecin(91) 433 89 59Alex Lech BajanWashington DC

Thursday, May 28, 2009

Janusz Lewandowski kandydatem (pomorskie), "prywatyzacja" AFERA PRYWATYZACJA nowoczesnych Zakładów Papierniczych w Kwidzynu I sprawy Katynia

Janusz Lewandowski kandydatem (pomorskie), "prywatyzacja" AFERA PRYWATYZACJA nowoczesnych Zakładów Papierniczych w Kwidzynu I sprawy कत्य्निया
Janusz Lewandowski kandydatem nr. 1 na liście PO w okręgu nr. 1 (pomorskie), Longin Pastusiak kandydatem nr. 1 na liście SLD-UP w okręgu nr. 1 (pomorskie)prof. dr hab. Jerzy Robert Nowak (2009-05-28)Aktualności dniasłuchajzapiszJanusz LewandowskiListę PO w okręgu nr 1 (pomorskie) otwiera były minister w rządach J.K. Bieleckiego i H. Suchockiej. Na tym stanowisku zyskał sobie "sławę" najgorszego prywatyzatora, wyprzedającego polski przemysł za bezcen. Jakże wymowną ocenę na temat Lewandowskiego opublikowano w giedroyciowej paryskiej "Kulturze" w czerwcu 1997 roku. Ekonomista Andrzej Koźmiński nazwał tam Lewandowskiego "fanatykiem", który zakłady przemysłu państwowego" "za pół darmo przekazał obcemu kapitałowi". Szczególnie osławiona pod tym względem stała się tzw. "prywatyzacja" bardzo nowoczesnych Zakładów Papierniczych w Kwidzynu. Zakłady te warte 600 milionów dolarów, sprzedano amerykańskiemu przedsiębiorcy za sumę 120 milionów dolarów. (Por. J.R. Nowak: "Zagrożenia dla Polski i polskości", Warszawa 1998, t.II, s.112-113) Wszystko to jednak upiekło się Lewandowskiemu. Na przykład, w lipcu 2000 r., umorzono sprawę Lewandowskiego o przekroczenie prawa przy prywatyzacji krakowskich spółek: Techmy i Krakechemii, bo Lewandowskiego chronił immunitet, z którego nie chciał zrezygnować. (zob.M.Kuciel, Poseł nie stanie przed sądem, "Rzeczpospolita" z 6 lipca 2000). Na łamach "Wprost" z 11 maja 1997 zacytowano atak Lewandowskiego na Radio Maryja, zarzucający mu rzekome "posługiwanie się językiem nienawiści, zupełnie nieadekwatnym do wartości, którym ta stacja powinna służyć". W innych tekście (w "Gazecie Wyborczej" z 30 kwietnia 1997) Lewandowski zaatakował "trójkąt antykomunistycznej krucjaty": "Solidarność" - ROP - Radio Maryja.Longin PastusiakLongin Pastusiak, znajdujący się na pierwszym miejscu listy SLD-UP w okręgu nr 1 (pomorskim) należy do czołowych polityków postkomunistycznych. Już w latach 60-tych jako zięć jednego z najbardziej znanych prominentów komunistycznych, przewodniczącego rady Państwa PRL E. Ochaba Pastusiak zyskał spory wpływ w PRL-owskich środowiskach naukowych Warszawy. Longin Pastusiak, skądinąd wielce pracowity autor dziesiątków książek z tematyki zagranicznej, bardzo dobry znawca problematyki amerykańskiej, był niestety zawsze i konsekwentnie typem komunistycznego naukowca-propagandysty. Przez lata wyżywał się niegdyś w skrajnych atakach na politykę amerykańską. Dziś, kiedy o Amerykanach, jako o sojusznikach, już tak pisać się nie popłaca, wychwala różnych amerykańskich prezydentów, ale swe ideologiczne zajadłości rezerwuje głównie dla wewnętrznych spraw polskich. Nie tak dawno straszliwie się skompromitował pełnym ignorancji i nieprzyzwoitej wręcz stronniczości atakiem na tak zasłużoną dla Polski niepodległościową organizację WiN. Zacierając znacznie walki WiN-u przeciw sowieckim zbrojnym działaniom zmierzającym do ujarzmienia Polski, Pastusiak próbował publicznie oczernić WiN w Sejmie, przeciwstawiając się sejmowej ustawie ku czci zasług tej organizacji.Kiedy jesienią 1994 r. próbowano bezskutecznie przeforsować L. Pastusiaka na ministra obrony RP w sporze kompetencyjnym z Wałęsą wybuchła mocna wrzawa prasowa dość kłopotliwa dla SLD-owskiego profesora. Przypomniano, bowiem, że Pastusiak przez lata specjalizował się w niezwykle agresywnym atakowaniu NATO i nazywano go "natożercą". Powszechnie szydzono przy tym z raczej wątpliwych kwalifikacji Pastusiaka w kandydowaniu na ministra obrony. Nawet w postkomunistycznej "Polityce" zauważono z przekąsem: "Pastusiak na ministra obrony? Mrożek by tego nie wymyślił"W artykule Rafała Geremka: "Doktryna elastycznego lądowania" w "Życiu" z 16-17 października 1999 r. zrobiono sobie niezły ubaw z dawnych PRL-owskich uniesień ideologicznych Pastusiaka. Opisano m. in. jak ten naukowiec-ideolo zamartwiał się "amerykańską nędzą" (!) Przypomniano mu m. in. jak w wywiadzie dla "Walki Młodych" z 1986 r. Pastusiak opowiadał o słabości demokracji w USA, mówiąc m. in. : "Wolność sprowadza się do możliwości sprzedania swojej siły roboczej (...) W USA mamy klasyczny przykład "robola"(...)".Jesienią 1992 roku wyszła jedna z najgłośniejszych książek Pastusiaka: "Prezydenci amerykańscy wobec spraw polskich". Niektórzy recenzenci książki oskarżali Pastusiaka o podtrzymywanie w niej starych PRL-owskich stereotypów politycznych. Na przykład recenzentka w miesięczniku "Przegląd Zachodni" zarzuciła książce Pastusiaka: "Ze sposobu wzmiankowania o sprawie Katynia można by sądzić, że to Niemcy dokonali mordu na polskich oficerach. Kontrowersyjny jest też sposób przedstawienia kwestii granic powojennej Polski. Stawia on bowiem czytelnika przed dylematem, kto właściwie był bardziej zainteresowany odebraniem jej kresów wschodnich: Stalin czy Roosevelt? Z tego co pisze Pastusiak, można by wnioskować, że nie był to bynajmniej Stalin. Z drugiej strony o wielkości Roosevelta świadczy - zdaniem Pastusiaka - jego uległość wobec Związku Radzieckiego, określana przez autora mianem pragmatyzmu" (Cyt. Za tekstem R. Geremka w "Życiu" z 16-17 października 1997)DO GÓRYZobacz również inne publikacje związane z tym tematem: AUDYCJE:Janusz Lewandowski kandydatem nr. 1 na liście PO w okręgu nr. 1 (pomorskie), Longin Pastusiak kandydatem nr. 1 na liście SLD-UP w okręgu nr. 1 (pomorskie) - [2009-05-28]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakLidia Geringer de Oedenberg na pierwszym miejscu z listy SLD-UP w okręgu nr 12 (dolnośląskie, opolskie) - [2009-05-27]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakMagdalena Środa na 1 miejscu listy Centrolewicy w okręgu Łódzkim - [2009-05-26]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakTadeusz Zwiefka kandydatem nr. 1 na liście PO w okręgu nr. 2 (kujawskopomorskie) - [2009-05-25]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakSławomir Nitras kandydatem nr 1 na liście PO w okręgu 13 (lubuskie, zachodniopomorskie) - [2009-05-23]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakJerzy Buzek na 1 miejscu PO na Dolnym Śląsku - [2009-05-22]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakMarek Borowski na 1 miejscu Centrolewicy w Lublinie, Lena Kolarska Bobińska na 1 miejscu PO w Lublinie, Izabella Sierakowska na 10 miejscu Centrolewicy w Lublinie - [2009-05-21]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakRóża Maria Grafin von Thun und Hohenstein na 1 miejscu PO (okręg 10, małopolskie, świętokrzyskie) - [2009-05-20]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakJerzy Jaskiernia na 3 miejscu SLD-UP (okręg 10, małopolskie, świętokrzyskie) - [2009-05-19]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakPiotr Gadzinowski na ostatnim miejscu SLD-UP w Warszawie - [2009-05-18]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakWojciech Olejniczak na pierwszym miejscu listy SLD-UP w Warszawie - [2009-05-16]prof. dr hab. Jerzy Robert NowakOsiągnięcia europosłów w PE w mijającej kadencji - [2009-05-16]pos. Urszula KrupaWybory do Parlamentu Europejskiego 2009 - [2009-05-07]prof. dr hab. Jerzy Robert Nowak

Monday, May 25, 2009

"Czas zatarł ślad" Film na podstawie produkcji Andrzeja Wajdy - Katyń ( AKA Post Mortem

"Czas zatarł ślad" Film na podstawie produkcji Andrzeja Wajdy - Katyń ( AKA Post Mortem
Film na podstawie produkcji Andrzeja Wajdy - Katyń ( AKA Post Mortem ) i filmu Michała Kwiecińskiego - Jutro idziemy do kina i Kazimierza Kutza - Sól ziemi czarnej, do piosenki Marlene Dietrich "Sag mir wo die Blumen sind?" w wykonaniu Sławy Przybylskiej.



Katyn Forest Massacre Movie is the first Polish movie about the massacre in the Katyn Forest, west of the Russian town of Smolensk, where Soviet secret police killed Polish army officers and civilians taken prisoners from 1939-40.
Katyn Forest Massacre Movie is the first Polish movie about the massacre in the Katyn Forest, west of the Russian town of Smolensk, where Soviet secret police killed Polish army officers and civilians taken prisoners from 1939-40.

Pamięci majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki" i żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej walczących o Wolną Polskę.

Pamięci majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki" i żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej walczących o Wolną Polskę.

Pytanie dla rodakow dlaczgo Platforma Obywatelska blokuje pamiec historyczna.

Apel do Premiera RP Donalda Tuska i ministra MSZ Radoslawa Sikorskiego.

Dlaczego nie wspieracie pamiec narodowa i inicjatywy Polonii?

Podaje kontakty Polacy piszcie zapytania do naszych wybranych teraz.

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów

00-583 Warszawa, Al. Ujazdowskie 1/3
tel.: 022 6946000
faks: 022 6252637
Dziennik Podawczy

00-582 Warszawa, Al. J.Ch. Szucha 14
(w godz. 815 - 1615)
Centrum Informacyjne Rządu

tel.: 022 6947528; 6946983
faks: 022 8403810
Akredytacje dziennikarskie przyjmuje sekretariat CIR

tel.: 022 6946102, 6946106, 6947072
faks: 022 6284821, 6252872
Kontakt za pośrednictwem poczty elektronicznej

e-mail: cirinfo@kprm.gov.pl
przeznaczony do przesyłania pytań od dziennikarzy mediów ogólnopolskich
e-mail: cirmedia@kprm.gov.pl
przeznaczony do przesyłania pytań od dziennikarzy mediów regionalnych i lokalnych
e-mail: infolex@kprm.gov.pl
przeznaczony do przesyłania pytań dotyczących projektów aktów prawnych
e-mail: infoobywatel@kprm.gov.pl
przeznaczony do przesyłania wszelkich pytań, sugestii i propozycji od obywateli
Przedmiotem SKARG mogą być naruszenia interesów skarżących spowodowane zaniedbaniami lub nienależytym wykonywaniem zadań przez polskie placówki za granicą lub ich pracowników, bądź przez komórki organizacyjne MSZ w kraju lub ich pracowników, na przykład - poprzez przewlekłe lub biurokratyczne załatwianie spraw.
Przedmiotem WNIOSKÓW mogą być sprawy ulepszania organizacji i usprawniania funkcjonowania jednostek resortu spraw zagranicznych, poprawienia skuteczności ich działania oraz zapobiegania nieprawidłowościom.

Przepisy i procedury przewidziane dla przyjmowania skarg i wniosków nie mogą być natomiast stosowane w odniesieniu do kierowanych pod adresem Ministra Spraw Zagranicznych próśb o podjęcie interwencji wobec urzędów lub organów innych państw, otrzymanych w formie wniosków od polskich obywateli pokrzywdzonych w wyniku działania bądź zaniechania działania ze strony urzędów lub organów innych państw. Stosowanie wobec tej grupy spraw tych samych procedur, jakie stosowane są wobec skarg i wniosków nie jest możliwe z tego względu, iż polski organ administracji nie może zlecać urzędom lub organom państw obcych podejmowania określanych działań lub ponosić odpowiedzialność za działania lub zaniechania urzędów lub organów innych państw.




--------------------------------------------------------------------------------

Wyznaczeni przez Ministra Spraw Zagranicznych Podsekretarze Stanu przyjmują interesantów w sprawach skarg i wniosków:
w poniedziałki w godzinach 1530 – 1630 po uprzednim ustaleniu terminu spotkania drogą telefoniczną

(tel. 523 94 46).

--------------------------------------------------------------------------------



W placówkach zagranicznych w sprawach skarg i wniosków przyjmuje kierownik placówki lub w zastępstwie imiennie wyznaczony przez niego pracownik.

--------------------------------------------------------------------------------

SKARGI I WNIOSKI MOŻNA SKŁADAĆ W NASTĘPUJĄCY SPOSÓB:



1. pisemnie:
Biuro Kontroli i Audytu
MINISTERSTWO SPRAW ZAGRANICZNYCH
Al. J. Ch. Szucha 23
00-580 Warszawa

2. faksem na numer + 48 22 523 83 72





Pamięci majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki" i żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej walczących o Wolną Polskę


Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (1910 – 1951) - część 1

mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka"

Zygmunt Szendzielarz urodził się 12 marca 1910 r. w Stryju. Był najmłodszym synem Karola Szendzielarza, urzędnika kolejowego i Eufrozyny z Osieckich. Początkowo uczył się w gimnazjum we Lwowie, a następnie w Stryju. Jako ochotnik wstąpił 14 XI 1931 r. do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, którą ukończył 12 VIII 1932 r. w stopniu kaprala podchorążego. Potem zakwalifikował się do Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu (od 1 X 1932 r. do 5 VIII 1934 r.). Służbę wojskową rozpoczął w stopniu podporucznika w 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich w Wilnie jako dowódca plutonu. Prawdopodobnie 19 III 1938 r. otrzymał awans na stopień porucznika, jednocześnie obejmując dowództwo 2. szwadronu. W okresie służby wojskowej por. Z. Szendzielarz brał udział w licznych zawodach konnych, zajmując wysokie miejsca. W dniu 28 I 1939 r. ożenił się z Anną Swolkień. Mieli córkę Basię, która urodziła się 16 XI 1939 r.

Udział w kampanii wrześniowej 1939 r.
Uczestniczył w wojnie obronnej Polski 1939 r. jako dowódca 2. szwadronu w 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich w składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. dypl. Konstantego Druckiego-Lubeckiego. Przeszedł z pułkiem cały szlak bojowy od obrony Piotrkowa Trybunalskiego w dniach 2 – 4 IX poprzez działania osłaniające odwrót 13 DP, 19 DP i 29 DP do przeprawy przez Wisłę w nocy z 9 na 10 IX, po której Wileńska BK przestała się liczyć jako związek taktyczny, a 4. Pułk Ułanów nie stanowił już zwartej siły. Por. Z. Szendzielarz na czele 2. szwadronu dołączył 13 IX do pododdziałów ppłk. Święcickiego, który zbierał rozproszone części Brygady. Następnego dnia podporządkowano je dowódcy kombinowanej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. Adama Zakrzewskiego. Szwadron por. Z. Szendzielarza stoczył wówczas walki na szlaku od Lubartowa do Majdanu Sopockiego, gdzie wszedł następnie w skład GO Kawalerii gen. Władysława Andersa jako pododdział Kresowej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. dypl. Jerzego Grobickiego. Wszystkie te oddziały przebijały się na Węgry. Zostały jednak rozbite przez Niemców 26 IX. Resztki z por. Z. Szendzielarzem dołączyły z kolei do Nowogródzkiej Brygady Kawalerii, która także szła w kierunku Węgier. Następnego dnia gen. W. Anders – wobec przeważających sił niemieckich i sowieckich – rozwiązał swoje oddziały i nakazał przebijać się małymi grupami na Węgry. Por. Z. Szendzielarz dostał się wówczas do niewoli niemieckiej , z której wkrótce uciekł i przedostał się do Lwowa. Za udział w kampanii wrześniowej 1939 r. został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy.

Początkowa działalność w konspiracji w ramach ZWZ-AK
Po zakończeniu działań wojennych próbował dostać się przez Węgry do Francji do odtwarzanego Wojska Polskiego, ale zamiar ten nie powiódł się. Wobec tego wrócił do Wilna, aby poprzez Litwę wyjechać za granicę. Po kilkakrotnych niepowodzeniach włączył się do pracy konspiracyjnej w Wilnie w ramach ZWZ-AK. Od pocz. 1942 r. do VIII 1943 r. przebywał w majątku rodzinnym swojej żony w Szajkunach. Po tym okresie zaangażował się całkowicie w konspirację. W literaturze przedmiotu istnieją rozbieżności co do momentu rozpoczęcia przez niego działalności konspiracyjnej; podawane są daty: koniec 1939 r., pocz. 1940 r. bądź 1942 r. W konspiracji por. Z. Szendzielarz działał początkowo w strukturach tzw. Kół Pułkowych, jednej z licznych w tym czasie grup konspiracyjnych, przyjmując pseudonim "Łupaszko" (po słynnym zagończyku z okresu walk z bolszewikami w latach 1919-1920 ppłk. Jerzym Dąbrowskim). W dniu 28 XII 1939 r. Koła Pułkowe weszły w skład SZP-ZWZ. Od IX 1940 r. powstał Wileński Pułk Ułanów Śmierci, w którym najprawdopodobniej por. Z. Szyndzielarz stanął na czele szwadronu. Pod koniec 1940 r. przeszedł do komórki wywiadu dalekowschodniego, gdzie pracował przez cały 1942 r. Organizował wówczas siatkę wywiadowczą na linii kolejowej Wilno-Podbrodzie-Ryga.

Na czele 5. Wileńskiej Brygady AK

Żołnierze mjr "Łupaszki", Wileńszczyzna 1944

W IV lub V 1943 r. znalazł się w bezpośredniej dyspozycji Komendy Okręgu Wileńskiego AK, która w pod koniec VIII tego roku oddelegowała go na dowódcę do pierwszego oddziału partyzanckiego AK na Wileńszczyźnie dowodzonego wcześniej przez ppor. Antoniego Burzyńskiego ps. "Kmicic". Oddział ten został 26 VIII rozbrojony i częściowo zniszczony przez sowiecką I Wileńską Brygadę im. Woroszyłowa. Na przełomie IX/X 1943 r. oddział por. Z. Szendzielarza liczył już ok. 100 ludzi. Przyjął on nazwę 5. Wileńskiej Brygady AK, zwanej też nieoficjalnie Brygadą Śmierci. Brygada operowała na terenie na płn.-wsch. od Wilna. Prowadziła ona walki zarówno z Niemcami i ich sojusznikami litewskimi, jak też partyzantką radziecką. W I 1944 r. por. Z. Szendzielarz został odznaczony Krzyżem Walecznych przez Komendanta Okręgu, płk. Aleksandra Krzyżanowskiego ps. "Wilk". W dniu 25 I uczestniczył w rozmowach we wsi Swejginie między przedstawicielami Okręgu Wileńskiego AK i niemieckich władz wojskowych. W kolejnych rozmowach w poł. II tego roku por. Z. Szendzielarz już nie brał udziału. Pomimo tego w okresie powojennym niektórzy emigracyjni publicyści (nie mówiąc oczywiście o komunistach w kraju) oskarżali go o kolaborację z Niemcami. Na pocz. IV 1944 r., po odprawie w komendzie Okręgu, został przypadkowo aresztowany u swojej teściowej przez Litwinów, którzy przekazali go władzom niemieckim. Niemcy zaproponowali mu wówczas zaprzestanie walk i wspólną akcję przeciwko sowieckiej partyzantce, a w zamian dostawy uzbrojenia. Por. Z. Szendzielarz odmówił, zasłaniając się brakiem kompetencji do tego typu kontaktów. Został pod koniec IV zwolniony najprawdopodobniej przez samych Niemców, którzy potraktowali to jako akt dobrej woli wobec komendy Okręgu w celu nawiązania ponownych rozmów. Pod koniec V nastąpiło skoncentrowanie czterech brygad AK w celu utworzenia większych zgrupowań partyzanckich. Brygada "Łupaszki" weszła w skład Zgrupowania nr 2 pod dowództwem mjr. Mieczysława Potockiego ps. "Węgielny". W tym czasie por. Z. Szyndzielarz prawdopodobnie otrzymał awans do stopnia rotmistrza. Cała akcja związana była z przygotowaniami do zdobycia Wilna w ramach planowanej operacji pod nazwą "Ostra Brama". Wkrótce rozkazem płk. A. Krzyżanowskiego Brygada "Łupaszki" została przesunięta na inny teren i włączona w skład Zgrupowania nr 1 mjr. Antoniego Olechnowicza ps. "Pohorecki". Na przełomie VI/VII 1944 r. rozpoczęto wykonywanie akcji "Burza", której ostatnim akordem miało być opanowanie Wilna. Ostatecznie Brygada nie wzięła w nim udziału, co spowodowało w późniejszym okresie posądzenie rtm. Z. Szendzielarza o dezercję i zdradę. W literaturze przedmiotu przedstawiane są różne przyczyny tej nieobecności. Jedna z nich mówi, że w I 1944 r. otrzymał on zapewnienie od płk. A. Krzyżanowskiego wycofania jego oddziału z Wileńszczyzny w chwili wkroczenia Armii Czerwonej. Potem jednak zmieniono rozkazy i 5. Brygada trafiła pod koniec V do Zgrupowania nr 1, działającego na płn. od Wilna, a rtm. Z. Szendzielarz został mianowany niespodziewanie dowódcą świeżo utworzonego Zgrupowania nr 5, które miało atakować Wilno od zach. W rezultacie jego Brygada nie zdążyła na czas dotrzeć do obszaru wyjściowego, dzięki czemu jednak uniknęła rozbrojenia i internowania przez Sowietów.

Koniec działalności 5. Brygady AK
Dla zmylenia władz sowieckich rtm. Z. Szendzielarz zmienił nazwę swojej Brygady na "Brygada Warszawska", a sam przyjął nowy pseudonim "Żelazny". Pod koniec VII 1944 r. Brygada, manewrując między oddziałami niemieckimi i sowieckimi, przeszła w lasy Puszczy Grodzieńskiej. Tutaj została otoczona przez Sowietów. Rtm. Z. Szendzielarz rozkazał rozformować oddział, a żołnierzom wrócić do domu lub przebijać się małymi grupami na zachód, do Lasów Augustowskich. Drugi wariant wybrała większość oficerów z dowódcą na czele. Formalne rozwiązanie 5. Wileńskiej Brygady AK nastąpiło 23 VII 1944 r. w okolicy wsi Porzecze w Puszczy Grodzieńskiej.

Mjr Zygmunt Błażejewicz ps. "Zygmunt" był najwybitniejszym spośród dowódców polowych 5. Wileńskiej Brygady AK, podkomendnych mjr. "Łupaszki". Choć mieszka dziś w odległej Arizonie, często przyjeżdża do kraju, by "odetchnąć Polską".

Panie majorze, zawsze gdy rozmawiam z żołnierzami z ziem utraconych, przychodzą mi na myśl słowa wiersza Jana Lechonia "Przypowieść". W utworze tym bohaterem jest żołnierz z Kresów, który "zdobywszy wolność innym dłońmi skrwawionemi, dowiedział się nareszcie, że sam nie ma ziemi". Pan jest również takim żołnierzem. Rodzina, która od ponad 300 lat była zakorzeniona na Wileńszczyźnie, po lipcu 1944 roku została skazana na poniewierkę, gorszą niż za czasów rewolucji bolszewickiej: rodzice wyjeżdżają w Koszalińskie, stryjkowie zostają w Oszmiańskiem, ale bolszewicy nie pozostawiają ich w spokoju. Jeden umiera w więzieniu w Oszmianie, drugi na zesłaniu pod Krasnojarskiem. Gdy wojna się kończy i cały świat się raduje, Pan i Pana koledzy z wileńskiej AK kluczycie podlaskimi bezdrożami, by nie natknąć się na NKWD. Wielu z waszych kolegów od czasu operacji "Ostra Brama" siedzi w sowieckich obozach przejściowych lub umiera na zesłaniu. Zapytam więc Pana - kresowego żołnierza - słowami przywołanego wiersza Jana Lechonia:
"Wiedziałem, że nikt twoich ran ci nie odwdzięczy,
Bo niczym krew, co płynie, przy złocie, co brzęczy.
I nigdy nikt nie liczył leżących w mogile,
Bo czym jest duch anielski przy szatańskiej sile?
Jak żal mi, że ci oczy nareszcie otwarto!
I powiedz sam mi teraz, czy to było warto?".
Czy to było warto, panie majorze?
- Historia rzadko bywa sprawiedliwa. Kiedyś moja córka Zosia poprosiła mnie, bym wpisał jej coś do pamiętnika. Potraktowałem to bardzo poważnie i skleciłem - żołnierz przecie, nie poeta! - kilka wersów, które niech posłużą za odpowiedź na pytanie:
"Szedłem przez życie z karkiem zgiętym,
Wyprostowałem na trzy lata.
Wobec Ojczyzny i historii
Dość bohatersko przeszedł Tata...
Jeszcze w Ojczyźnie ktoś pamięta,
Tutaj wspominać nie ma po co.
A ja powracam w tamte czasy
W mych rozmyślaniach dniem i nocą".

Często zadajemy sobie - w gronie żołnierzy wileńskiej AK - inne ważne dla nas pytanie; nie o to, czy było warto, lecz o to, czy z naszej walki z komunistyczną okupacją był jakiś pożytek. Przecież tylu z nas zginęło, gdy wojna niby się skończyła, tylu okrutnie torturowano, a wszystkich, nawet po śmierci, prześladowano i poniewierano w PRL jako "bandytów". Propaganda komunistyczna stawiała nam podłe zarzuty o współpracę z Niemcami, mordowanie, grabienie itp. Dochodzimy jednak do przekonania, że nasza walka, choć nie miała w ówczesnych warunkach polityki pojałtańskiej żadnych szans, przyczyniła się do zachowania względnej niezależności Polski. Inaczej mówiąc, nie zostaliśmy siedemnastą republiką, co było przecież możliwe, zważywszy na gorliwość, z jaką komuniści wysługiwali się Moskwie. Być może też nasza działalność w Białostockiem przyczyniła się do pozostawienia tej części kraju przy Polsce. A było wówczas wielu łotrów, którzy słali listy do Stalina, by batiuszka przyłączył ich miejscowość do ojczyzny proletariatu. Zdarzało się też, że strzelali do nas zza węgła.

Na jednym z takich ludzi wykonaliście wyrok. Do dziś wypisuje się, że były to prześladowania etniczne. Podobno prześladowaliście Żydów i Białorusinów.

- Na wypisywane o nas kłamstwa reagujemy już tylko wzruszeniem ramion. Kiedyś, gdy w PRL ukazywały się na ten temat plugawe książki pisane przez funkcjonariuszy UB, wydawane w liczących setki tysięcy nakładach, moi koledzy w kraju głęboko to przeżywali, bo nie było przecież jakichkolwiek możliwości sprostowania kłamstw. Myślę, że niektórzy czuli się upokorzeni i nieustannie zagrożeni. Dziś jednak pojawiła się duża grupa młodych historyków, którzy poszli naszym śladem, zebrali tysiące relacji, obejrzeli tomy dokumentów sądowych i ubeckich. Oni już nie pozwolą wodzić się za nos i nie nabiorą się na bajki o "bandytach". Zresztą, po 1990 roku sądy w Polsce uznały wyroki na żołnierzy antykomunistycznego podziemia zbrojnego za nieważne. Oczyszczono w ten sposób m.in. majora "Łupaszkę". Sądy uznały, że żołnierze ci walczyli o niepodległy byt państwa polskiego. Czy może być większa satysfakcja po latach upokorzeń i bezsilności? Dziwi mnie co prawda bezkarność, z jaką jeszcze dziś działają w Polsce różni oszczercy, nie przejmujący się żadnymi sądami, ale tłumaczę sobie, że taka jest specyfika państwa postkomunistycznego. Resztę ran uleczą czas i prawda.

Panie majorze, wróćmy do czasów dawniejszych. Jakie wydarzenia z dzieciństwa i młodości ukształtowały późniejszego porucznika "Zygmunta"?

- Należę do pokolenia, dla którego odzyskanie przez Polskę niepodległości było wydarzeniem epokowym. Wzrastaliśmy wśród opowieści o wojnie z bolszewikami i cudzie, który się dokonał nad Wisłą. Ta wojna była najważniejszym doświadczeniem pokoleniowym naszych ojców, formującym polski patriotyzm okresu międzywojennego.
Urodziłem się w Witebsku, dokąd moich rodziców zawiodła praca. Ojciec, Kazimierz Błażejewicz, był inżynierem geodetą po uniwersytecie moskiewskim. Mama, Maria z domu Raubo, była dentystką po studiach w Petersburgu. Ponadto interesowała się malarstwem, była bardzo w tym kierunku uzdolniona. Z tym zresztą wiąże się dość niezwykła historia, którą przez wiele lat opowiadano w naszej rodzinie. Był listopad 1921 roku, niedługo przed powrotem rodziny do Polski. Moja mama malowała w saloniku wielkiego białego orła. I oto przychodzi grupa bolszewików, z komisarzem Żydem na czele. Okazuje się, że komisarz wybrał nasz dom na swoją siedzibę. Trza się wynosić! Na dodatek zobaczyli dzieło mojej mamy. Blady strach padł na wszystkich. Tymczasem komisarz nieoczekiwanie każe wyjść sołdatom i pyta po polsku, kto w tym domu maluje. Po chwili przeprasza i wyjaśnia, że znajdzie sobie inną kwaterę. Wie pan, kim był ten człowiek? To późniejszy paryski malarz Marc Chagall! Służył wówczas bolszewikom w Witebsku jako komisarz do spraw kultury. Opuścił Rosję bolszewicką w tym samym roku co nasza rodzina.

Czyli w roku 1922. Pamięta Pan ten powrót?

- A jakże! Miałem już wówczas cztery lata. Pamiętam, że bardzo się baliśmy, że nas bolszewicy nie przepuszczą albo do reszty ograbią. Cały nasz dobytek został spieniężony i zaszyty w postaci złotych rubli w lalce, którą babcia kazała mi mocno tulić... Strasznie mi się to nie podobało, bo byłem przecież chłopcem, ale dzięki tej lalce rodzice mogli kupić w Wilnie kawałek domu i zacząć nowe życie.
Pyta pan, co mnie ukształtowało. Odpowiem krótko, że poza patriotyczną atmosferą domu decydujący wpływ na moją wizję świata i obowiązków wobec Ojczyzny miały wileńskie Gimnazjum Ojców Jezuitów i podchorążówka. Często powtarzam, że jezuici zrobili ze mnie człowieka. Zapamiętałem szczególnie ks. Kazimierza Kucharskiego, który potem umarł w Rzymie. Nie chciałbym jednak, by ktoś pomyślał, że byłem święty. Co to to nie! Nigdy nie byłem prymusem ani wzorem do naśladowania. Lubiłem hodować gołębie, łowić ryby. Jeśli chodzi o rozrywki, to przepadałem za operetką... O tym jednak, że ojcowie zrobili ze mnie człowieka, mogę śmiało powiedzieć z perspektywy mojego długiego życia.

Na zdjęciach 5. Brygady widać Pana kolegów z ryngrafem - wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej - na lewej kieszonce. Taki ryngraf miał także mjr "Łupaszko". Czy pan również?

- Już ktoś mnie o to pytał. Odpowiedziałem, że nosiłem mój ryngraf w kieszonce, a nie na wierzchu, bo lubiłem pożartować, a żołnierskie żarty bywają różne... Mówiąc poważnie, ryngraf z Panią Ostrobramską otrzymałem od mojej babci, Marii Raubo, w roku 1938, po maturze. Miałem go zawsze przy sobie i mam go także dzisiaj. Z nim umrę. Jest dla mnie ważniejszy niż Polonia Restituta i Krzyż Walecznych, który otrzymałem dwukrotnie.

Kazimierz Krajewski i Tomasz Łabuszewski, warszawscy historycy, autorzy monumentalnej, prawie tysiącstronicowej pracy poświęconej oddziałom "Łupaszki", "Młota" i "Huzara", uznali pana za wybitnego oficera, który najtrudniejszymi akcjami dowodził osobiście i błyskawicznie podejmował decyzje na polu walki. Jednak zastępcą majora "Łupaszki" był kpt. Leon Lech Beynar "Nowina", znany potem jako Paweł Jasienica.

- Miło słyszeć dobre słowa od ludzi, którzy tyle czasu i serca poświęcili naszej walce. Major żartował czasami, że "Zygmunt" nie może być jego zastępcą, mówił: "Gdybym któregoś dnia poszedł na urlop, to on doszedłby do Berlina". Major był mądrym, doświadczonym dowódcą. Wiedział, że najważniejsze dzieje się w walce, a nie na odprawie. Dawał inicjatywę dowódcom szwadronów. To była jego tajemnica dobrego dowodzenia i sukcesów bojowych. Jeszcze dziś brzmią mi w uszach jego słowa na pożegnanie przed akcją: "Chłopcy, z Bogiem".
"Nowina" - Jasienica - był człowiekiem wielkiego formatu, wielkiej kultury. Był też znakomitym oficerem. To nieprawda, co niektórzy wypisują, że był "miękki". Miał inną rolę do spełnienia, ale pamiętam, że w razie potrzeby dowodził też osobiście akcjami, między innymi kilka razy prowadził patrole likwidacyjne, rozbrajał milicję w Narewce itp. Po wojnie, przesłuchiwany wielokrotnie przez UB, pomniejszał swoją rolę, co było naturalne. Przedstawiał się jako adiutant "Łupaszki", w rzeczywistości był jego zastępcą.

Kiedy przyjechał Pan po latach do Polski, miał Pan okazję jeszcze raz przemówić do ludzi, do których przemawiał Pan w roku 1945...

- 15 sierpnia 1945 roku dotarliśmy do Jabłonnej Lackiej. Była uroczysta Msza św. w święto Matki Bożej i w święto żołnierza polskiego. Nie było majora, nie było "Nowiny", więc ja przemówiłem do zgromadzonych ludzi. Wyjaśniłem, dlaczego walczymy, gdy ogłoszono już zakończenie wojny. Zakończyłem słowami "Jeszcze Polska nie zginęła". Ludzie byli głęboko wzruszeni, ja również. Będę pamiętał to wydarzenie do końca życia. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy przyjechałem do Polski w sierpniu 1998 roku, moi przyjaciele zawieźli mnie do Jabłonnej. Był 15 sierpnia, odpust. Ja znowu przemawiałem! Tylko że nie było już koło mnie żadnego z moich żołnierzy, którzy mi wówczas towarzyszyli. Żaden nie doczekał tej pięknej chwili, dlatego mówiłem ze ściśniętym sercem. Ale po chwili podeszły do mnie dwie zapłakane kobiety. One pamiętały tamten dzień sprzed 53 lat i pamiętały dobrze tamto wystąpienie! Takie chwile nadają sens naszemu życiu. Jestem głęboko wdzięczny wszystkim, którzy umożliwili mi to niezwykłe przeżycie.

W niezwykłych okolicznościach poznał Pan swoją przyszłą żonę...

- W niezwykłych i dramatycznych. Alicja dotarła do naszego szwadronu ścigana przez UB. Jej brat, porucznik Trojanowski z AK, uciekł z więzienia w Białymstoku. Towarzyszyła jej koleżanka Danka Czarnecka, która przybrała pseudonim "Wanda" i tak jak Alicja - "Krystyna" była sanitariuszką w naszym szwadronie. Potem wyszła za mąż za Lucjana Minkiewicza "Wiktora", który został zamęczony w roku 1951 na Mokotowie, razem z majorem Zygmuntem Szendzielarzem "Łupaszką" i pułkownikiem Antonim Olechnowiczem "Pohoreckim". Danka otrzymała wysoki wyrok więzienia, w więzieniu urodziła córeczkę Ewę, która mieszka dziś w Gdańsku. Miała bardzo ciężkie życie, przy którym ja z Alicją nie mamy prawa narzekać. Pan Bóg był dla nas łaskawy.

Zdecydowaliście się na emigracyjną tułaczkę?

- Nie mogłem już dłużej czekać. Za moją głowę wyznaczono wysoką nagrodę. Czułem się odpowiedzialny za Alicję. Przekraczaliśmy granicę z Czechosłowacją w październiku 1945 roku nie bez emocji... Według doskonale podrobionych dokumentów nazywałem się Jean Morelais, a moja żona Alice Dubois. Przydał się francuski z gimnazjum. W Pilźnie zabraliśmy się z żołnierzami generała Maczka, którzy właśnie opuszczali ten teren. Potem była Hiszpania i 12 lat życia w Argentynie. Pracowałem tam jako cieśla, tokarz, mechanik. Wybudowałem własny dom. Córki urodziły się w Buenos Aires. W roku 1960 wyjechaliśmy do USA.

Panie majorze, kiedy latem 1944 roku przedzierał się Pan na Warszawę, nie myślał Pan o tym, że trzeba było - tak jak wielu kolegów - wrócić wprost z Puszczy Rudnickiej do domu? Przecież zostaliście zwolnieni z przysięgi.

- Ani przez moment nie miałem wątpliwości. Znałem dobrze bolszewików z własnych doświadczeń i z opowieści rodzinnych. Powiem panu tyle: gdyby mnie wtedy dopadli, nie oddałbym się dobrowolnie. Wygarnąłbym do nich, a potem niech się dzieje wola Boża. O czym myślałem? Może to pana zdziwi, ale przypomniał mi się pewien sowiecki lejtnant, który kwaterował na początku okupacji w naszym domu w Wilnie. Nazywaliśmy go Wasia. Nie rozstawał się z tomem dzieł Lenina. Któregoś dnia strzelił sobie w głowę ze służbowego nagana. Mieliśmy szczęście, bo zamknął pokój na klucz od środka. NKWD mogłoby nam zarzucić zamach na sowieckiego oficera. Powiedzieli, żeby nie razgawariwać. Sowiecki oficer nie mógł przecież popełnić samobójstwa. Szkoda, że nie zobaczyli tego, co my po ich odejściu. W piecu, który stał w pokoju Wani, leżała nadpalona książka. To były dzieła Lenina...

Czy nie miał Pan nigdy wątpliwości, jako dowódca patrolu likwidacyjnego, że może strzela Pan do Wasi?

- Proszę dobrze zapamiętać, co teraz powiem: myśmy zawsze bardzo dobrze wiedzieli, do kogo idziemy. To byli ludzie, którzy mieli na sumieniu krew i ludzkie nieszczęście - enkawudziści, ubowcy, konfidenci. Nie można się było wahać, to byłby grzech. Starszy lejtnant Aleksander Dokszyn miał szczególne plenipotencje od sowieckiego dowództwa. Jeździł w terenie z "prokuratorem". Mógł każdego "osądzić" i postawić pod ścianą. Wiele takich "sądów" nad niewinnymi ludźmi i egzekucji za stodołą odbyło się wówczas na Podlasiu. Miałem się wahać?

Panie majorze, dziękuję za rozmowę. Będziemy Pana zawsze oczekiwać w kraju z otwartym sercem.

- A ja na koniec mam jeszcze prośbę. Chciałbym, aby czytelnicy "Naszego Dziennika" poznali wiersz partyzanta AK Andrzeja Gawrońskiego, który jest bliski mojemu sercu, gdyż wiernie oddaje psychologiczną prawdę o życiu moim i moich kolegów.
Piotr Szubarczyk

Andrzej Gawroński

Dziś nie dla nich schylone sztandary
I nie dla nich "prezentuj broń",
I nie dla nich Virtuti Militari,
Tylko szron, co bieli ich skroń.

Tylko pamięć tych rzeczy, tych dni,
Kiedy w brudnych mundurach, strudzeni,
Zmordowani krok za krokiem szli,
Na swych barkach taszcząc erkaemy.

Oni przecie walczyli nie po to,
By brać udział w zasług targowisku.
Ich był los i kamienie, i błoto,
Ich był chłód i wszy, i ognisko.

A gdy strzały umilkły nareszcie,
Nikt im laurów nie kładł na głowy.
Nikt kwiatami nie witał ich w mieście,
nie przygrywał im hymn narodowy.

Kajać im się kazali po sądach
I za własną tłumaczyć się krew.
Jak psy kryć się musieli po kątach,
W piersiach tłumiąc rozterkę i gniew.

Czy się kiedyś zagoi ta blizna,
Co goreje jak krwawe łuczywo?
Czy się wreszcie zdobędzie Ojczyzna,
By uznaniem zapłacić za miłość?


Zygmunt Błażejewicz ps. "Zygmunt" (ur. 20 IX 1918 r. w Witebsku)

Urodził się w rodzinie inżyniera geodety i dentystki. Rodzina mieszkała wówczas w Witebsku, ale ród Błażejewiczów związany był od 300 lat z Wileńszczyzną. W 1921 r. z rodzicami i dziadkami opuścił Rosję bolszewicką. Osiedlili się najpierw w majątku dziadka Franciszka pod Oszmianą, potem w Wilnie. Uczęszczał do szkoły powszechnej pani Świdowej "Dziecko Polskie", potem do Gimnazjum Ojców Jezuitów. Po maturze uczył się w Szkole Podchorążych Rezerwy przy 5. pułku piechoty Legionów w Wilnie. W sierpniu 1939 r. otrzymał przydział do 6. pułku piechoty Legionów (2. baon, 2. kompania ckm). Walczył z Niemcami jako działonowy na szlaku bojowym Ostrołęka - Pułtusk - Wyszków - Kałuszyn - Lasy Janowskie. Wrócił do Wilna. Już w listopadzie złożył konspiracyjną przysięgę w Związku Walki Zbrojnej (później AK), należał do siatki terenowej. Zagrożony aresztowaniem wiosną 1940 r. przeniósł się do Landwarowa pod Wilnem. W 1942 r. pracował w majątku Dorże, by uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec. Od maja 1943 r. przebywał w majątku Świeniec, skąd wyruszył do oddziału AK por. Adama Boryczki "Tońki" - cichociemnego, później wieloletniego więźnia PRL. Oddział ten rozrósł się i przekształcił w 6. Wileńską Brygadę AK. Brygada walczyła z Niemcami oraz ich litewskimi kolaborantami - znanymi z okrucieństwa i prześladowania polskiej ludności formacjami gen. Plechaviüiusa. Po licznych dotkliwych porażkach w bojach z AK oddziały te zostały przez Niemców zlikwidowane. "Zygmunt" dowodził plutonem szturmowym, wykonał wiele brawurowych akcji. Po wielkiej operacji wileńskiej AK "Ostra Brama" (próba wyzwolenia Wilna przed nadejściem wojsk sowieckich) żołnierze 6. Brygady i innych brygad wileńskich, ścigani przez dywizje NKWD, zostali zwolnieni z przysięgi i mogli wracać do domu. Sowieci urządzali na nich obławy, kierując Polaków do obozów przejściowych, stamtąd na Sybir. "Zygmunt", znający dobrze obyczaje bolszewickie, zwłaszcza kłamliwe zapewnienia o gwarancji bezpieczeństwa oraz zdradzieckie zaproszenia na "dagawory", przedarł się z grupą żołnierzy na zachód. Chcieli uczestniczyć w Powstaniu Warszawskim, nie udało im się jednak dotrzeć tam przed zakończeniem walk. W okolicach Bielska Podlaskiego "Zygmunt" nawiązał kontakt z tamtejszą AK. Dowodził grupą specjalną, która wykonywała wyroki na znanych z okrucieństwa i prześladowania Polaków oficerach NKWD i UB, konfidentach i innych kolaborantach, wysługujących się Sowietom. Następnie trafił do odtworzonej na Podlasiu 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", gdzie w stopniu porucznika dowodził 1. szwadronem (około stu żołnierzy). Zasłynął jako znakomity dowódca polowy, niepokonany w walkach z NKWD i innymi formacjami komunistycznymi. Dnia 15 sierpnia 1945 r., w święto Matki Bożej, wygłosił w miasteczku Jabłonna Lacka pamiętane tam do dziś przemówienie, w którym wyjaśnił zgromadzonym, dlaczego mimo przejścia frontu Polacy walczą dalej. We wrześniu mjr "Łupaszko" rozformował swą brygadę. Odtworzył ją ponownie na Pomorzu Gdańskim w kwietniu 1946 r., w okresie terroru przed referendum czerwcowym oraz sfałszowanymi wyborami w styczniu 1947 r.
"Zygmunt", ścigany przez NKWD i UB, zagrożony aresztowaniem, przedarł się na Zachód. Towarzyszyła mu Alicja Trojanowska "Krystyna", sanitariuszka 1. szwadronu, która została jego żoną. Po wielu perypetiach trafili przez Hiszpanię do Argentyny, skąd po 12 latach przenieśli się do USA, gdzie Zygmunt Błażejewicz, po śmierci żony, mieszka do dziś z córkami Zofią i Teresą oraz wnuczkami Małgorzatą i Alicją. Gdy warunki polityczne na to pozwoliły, wielokrotnie odwiedzał kraj.

Lech Alex Bajan Blog
Alex Lech Bajan

RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
sms: 703-485-6619
Toll Free:1800-695-6200
EMAIL: polonia@raqport.com
WEB SITE: http://raqport.com

Piotr Szubarczyk, Nasz Dziennik, 2003-06-14

Friday, May 22, 2009

Bohdan Smoleń - A tam cicho być - Pełna wersja (prawie)!

Bohdan Smoleń - A tam cicho być - Pełna wersja (prawie)!
tak samo dzisiaj

Wednesday, May 13, 2009

Powstanie Warszawskie - Zapomniani bohaterowieWarsaw Rising: The Forgotten Soldiers of WW II

Powstanie Warszawskie - Zapomniani bohaterowieWarsaw Rising: The Forgotten Soldiers of WW II
"Powstanie Warszawskie - Zapomniani bohaterowie drugiej wojny światowej."
Film swoją premierę miał w amerykańskiej stacji CNN w 60. rocznicę lądowania aliantów w Normandii. Pokazuje on historię Polskiego Państwa Podziemnego oraz 63-dniowej walki z niemieckim okupantem. Zawiera wywiady z żyjącymi uczestnikami Powstania Warszawskiego oraz rzadko publikowane zdjęcia.

Sunday, May 10, 2009

MAREK GRECHUTA - Dni ktorych nie znamy

MAREK GRECHUTA - Dni ktorych nie znamy


Nie pytam, ile mi zapłacą
Nasz Dziennik, 2009-05-09
Z Olgierdem Łukaszewiczem, aktorem filmowym i teatralnym, odtwórcą roli generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila" w filmie Ryszarda Bugajskiego "Generał "Nil"", prezesem Związku Artystów Scen Polskich w latach 2002-2005, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jak to się stało, że Pana ojciec znalazł się w Taszkiencie?
- W roku 1847 mój przodek Mieczysław Łukaszewicz został zesłany wyrokiem sądu w Mińsku (Białoruś) do twierdzy w Orenburgu - za przechowywanie listów generała Mierosławskiego. W ten sposób losy rodziny związały się z tamtymi terenami. Mój ojciec wychowywał się w Taszkiencie. Gdy wybuchła rewolucja, cała rodzina uciekła do Polski. Stąd też wzięły się moje zainteresowania losem XIX-wiecznych zesłańców. To właśnie im i ich następcom z lat 40. XX wieku poświęciłem swój spektakl na placu Teatralnym w Warszawie pt. "Zaduszki Narodowe 2000".

Pana rodzice poznali się podczas okupacji?
- Tak, w Warszawie w 1942 roku. Mama pochodziła z Kamieńca Podolskiego. Gdy była niemowlęciem, jej rodzice w 1920 roku, uciekając z Kresów, osiedlili się w Lesznie pod Warszawą. Rodzina była związana z przemysłem cukrowniczym. To generacja opisana przez Iwaszkiewicza w "Sławie i chwale".

Ale urodził się Pan na Śląsku...
- Po Powstaniu Warszawskim rodzice ze starszym bratem Krzysztofem przez obóz w Pruszkowie dotarli na Śląsk. Nasze korzenie związane są jednak z Kresami, moje imię jest przecież bardzo wileńskie. W Wilnie ojciec studiował medycynę, którą skończył w 1932 roku. Później znalazł się w Warszawie. Krąg jego wileńskich znajomych odegrał ważną rolę w naszym domu. Rodzina ze strony ojca jest spokrewniona z prezydentem Władysławem Raczkiewiczem, jego matka była z domu Łukaszewicz, a także z Billewiczami, więc w jakiś sposób ponoć z Józefem Piłsudskim. Warszawa, niestety, była miejscem, do którego przez wiele lat musiałem się psychicznie "przyszywać", wżywać w historię tego miasta. Nie czułem się jej pełnoprawnym obywatelem, choć tu urodził się mój starszy brat.

Czy ktoś przed Panem zajmował się w rodzinie aktorstwem?
- Nie. Znam swoje drzewo genealogiczne od początku XVIII wieku. Nic mi nie wiadomo o żadnych artystycznych tradycjach w tej rodzinie.

Dom Pana rodziców był otwarty na sztukę?
- Mama starała się uwrażliwić nas na odbiór sztuki poprzez obowiązkowe słuchanie koncertów czy konkursów chopinowskich. Nie wolno nam było wtedy śmiać się, żartować, trzeba było siedzieć i słuchać. Bywały także niedzielne popołudnia, kiedy starała się nas zainteresować albumami malarstwa, jakie zostały w naszym domu jeszcze po Niemcach. Kiedy narodziły się w nas, tzn. we mnie i w Jerzym, moim bracie bliźniaku, zainteresowania artystyczne, to trudno powiedzieć. U mnie rozwijało się ono gdzieś bardzo wcześnie, była to chęć występu i recytacji. Pamiętam, że sam organizowałem kabareciki i teatrzyki w szkole, a brat miał już w ręku kamerę filmową. Dziś Jerzy Łukaszewicz jest operatorem filmowym, doktorem na Uniwersytecie Śląskim na Wydziale Filmowym, napisał podręcznik do nauki dla operatorów filmowych, jest także autorem zdjęć do "Doliny Issy", "Seksmisji", "Vabanków" oraz reżyserem filmu "Faustyna" o św. siostrze Faustynie Kowalskiej. Nasze pasje rozwijały się więc jakoś bliźniaczo, chociaż nie jesteśmy dosłownie bliźniakami, tylko dwojakami.

Ale jest między Panami podobieństwo fizyczne?
- Kiedyś było, bo mylili nas nawet koledzy po fachu. Ale brat działa zawsze z drugiej strony kamery, więc był incognito. W "Soli ziemi czarnej" gra brata, który pierwszy ginie.

Brat zagrał tylko raz?
- Tak.

Nie miał zamiłowania do aktorstwa?
- Nie, broń Boże, jego to zawsze, szczerze mówiąc, denerwowało. Gdy w dzieciństwie "odprawialiśmy" Mszę Świętą, bo wcześnie zostaliśmy ministrantami, wszelkie próby teatralizacji, które ja koniecznie chciałem wprowadzać, tj. np. malowanie i wycinanie ornatu, jemu bynajmniej nie były potrzebne.

A co Pana pociągało w aktorstwie?
- Tego nie wiadomo, bo to jest forma zaspokojenia siebie, wyżycia się, albo jak ktoś inny pięknie powie, samorealizacji. Bo jeżeli chłopak, powiedzmy, 15-letni zamyka się w małym pokoju i czyta na głos poezję, to znaczy, że ma jakiegoś fioła na ten temat. Wszelkie pytania typu: "dlaczego chcesz zostać, młody człowieku, aktorem", są nieuzasadnione, a bywają stawiane w szkołach teatralnych. Jeżeli je serio potraktować, to żaden z pytających nie wie, dlaczego ktoś chce być aktorem. Jednego pociąga możliwość przebierania się i poczucie, że mówi w imieniu kogoś innego - znamy wielu aktorów, którzy w życiu są bardzo nieśmiałymi ludźmi, milczącymi, po których nikt by się nie spodziewał, że rozkwitają fantazją, wyobraźnią wtedy, kiedy przychodzi do budowania jakiejś postaci i kiedy mówią cudzym tekstem, bywają wówczas olśniewający. Jeden lubi bardziej przedstawiać, inny znów spowiadać się, mówić jakby w imieniu swojego wnętrza: to ja jestem tą postacią, to ja, to ja. Są kandydaci, którzy cenią słowo i chcą recytować, a są tacy, którzy wychodzą od ruchu, gestu, tonu głosu, czyli od pewnego wyczucia formy, a nie od tego, co chcą powiedzieć.

Jak jest w Pana przypadku, w czym najlepiej się Pan czuje?
- Zdecydowanie determinowało mnie słowo, to, co chcę powiedzieć, ale to nie oznacza, że eksperymenty były mi obce. Bo już na przykład na egzaminie wstępnym do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie mówiłem w bardzo stylizowany sposób fragment z "Wojny trojańskiej" Jana Parandowskiego dotyczący pojedynku Achillesa i Hektora. Spowodowało to, że komisja zadała mi inne formalne ćwiczenia. Miałem powiedzieć ten tekst, tak jakbym był sprawozdawcą meczu sportowego, a później jakbym błagał o życie. Słowo staje się wówczas służebne w stosunku do głównej, założonej sytuacji, to decyduje właściwie o aktorstwie. Były też chęci widzenia siebie w innych postaciach. Jako dziecko często przebierałem się w ciuchy matki i ojca i opowiadałem o sobie niestworzone historie. I wie pan, z perspektywy lat zostaje gdzieś właśnie z dzieciństwa taka chęć konfabulacji, a jednocześnie spowiedzi, przedstawiania siebie światu jakby innym. Bardzo ciekawą refleksją podzielił się kiedyś Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński. Na pytanie, co to jest miłość bliźniego, odpowiedział: "To jest powiedzieć: cieszę się, że jesteś inny". Dla mnie zespół aktorski to jest właśnie menażeria wrażliwości i inności. Tutaj te inności spotykają się ze sobą i dogadują. Mamy w ten sposób pewną sublimację tego, co jest w życiu naprawdę.

Obsadzany był Pan najczęściej w rolach amantów, wrażliwych i chorowitych młodzieńców. Denerwowało to Pana czy może dobrze się Pan czuł w tych wcieleniach?
- Przede wszystkim nie tylko były takie role, był ich szeroki wachlarz. Ale faktem jest, że grałem ludzi zawsze trochę takich wychylonych albo w jedną, albo w drugą stronę, na niepewnych nogach. Co to znaczy? Albo bardziej dziecinnych, infantylnych, bezbronnych, kruchych, wrażliwych i wręcz chorych, umierających, jak Stanisław z "Brzeziny", Franz w "Pułapce", narkoman w "Kapeluszu pełnym deszczu", tzw. wrażliwy morderca w przedstawieniu "Azyl", czyli ktoś, kto przez przypadek popełnił morderstwo. Albo złe postaci, jak faszyzujący Franzel w filmie "Magnat" Filipa Bajona czy doktor Kramer w "Dotkniętych" Wiesława Saniewskiego, lekarz psychopata cierpiący na brak uczuć. Były także i role komediowe, nie tylko Alberta w "Seksmisji", ale chociażby magnata gdzieś na Kresach w serialu "Przeprowadzki", którą potraktowaliśmy zdecydowanie parodystycznie i komediowo, czy rola w spektaklu "On czy nie on" w reżyserii Edwarda Dziewońskiego. Najmniej otrzymywałem ról mężczyzn mocno stojących na ziemi. Jednym z pierwszych tego typu zadań była rola apostoła Tomasza w "Wieczerniku" Ernesta Brylla, czyli pierwsza próba wyłamania się. Moja droga wynikła prawdopodobnie z konfrontacji z Danielem Olbrychskim w "Brzezinie" - on szedł swoją drogą sportową, a mnie radzono, żebym trzymał się tego swojego kruchego emploi, które jednak na dłuższą metę mężczyznę musi wyprowadzić na manowce. Ale mimo wszystko nie żałuję, bo to doprowadziło mnie w końcu do wspomnianej już roli Franza w "Pułapce" Tadeusza Różewicza. Tam jest dojrzały mężczyzna, ale taki kruchy, taki dziwny...

Lepiej czuje się Pan na deskach teatralnych czy na planie filmowym?
- W styczniu tego roku minęło 40 lat od mojego debiutu teatralnego. Debiut w filmie odbył się wcześniej, bo już na trzecim roku studiów aktorskich w 1967 roku. Była to rola w filmie "Dancing w kwaterze Hitlera". Został on jednak wyświetlony już właściwie po "Soli ziemi czarnej", po "Perle w koronie", ba, po "Romantycznych" Stanisława Różewicza, bo był trzymany przez cenzurę. Także mój prawdziwy debiut był już po tych pierwszych błyskach, które właściwie ustawiły mnie na całe lata. Patrząc na życie, które minęło, ciekawszy bilans przedstawia dorobek filmowy niż ten teatralny, gdzie odczuwam jakiś niedosyt propozycji, niedosyt grania. Mogę mieć jedyną satysfakcję, że to, co jest w filmie, to zostaje, a to, co w teatrze, choćby najpiękniejsze, ulatuje. Widziałem wiele wspaniałych kreacji wykonanych przez moich wielkich, wybitnych kolegów. Pozostał tylko żal, że ich nie ma teraz, bo teatr jest efemerydą.

Muszę zapytać Pana o "Seksmisję", bo stała się komedią kultową. Czym była dla Pana przygoda z tym filmem?
- Juliusz Machulski odcina się od wszelkich skojarzeń politycznych, ale przecież nie zaprzeczał im wtedy, kiedy te skojarzenia się narzucały. Dla mnie było jasne, że nie jest to rozprawa z płcią piękną, ale film o państwie totalitarnym.

Nie traktował Pan go również jako paszkwilu na feminizm?
- Nie, traktowałem to jako odreagowanie stanu wojennego, bo to są żarty ze stanu wojennego, tak to rozumiałem. W związku z tym może też zawęziłem pole dla własnej wyobraźni w tej roli. Może mogłem coś zagrać bardziej kabaretowo - zakpić ze wszystkich humanizujących ideologów, którzy mają jakieś zadania wobec ludzkości w przeciwieństwie do cwaniaka Maksa, który z ludzkością chce robić interes. Wydaje mi się, że Maks jest postacią bardziej żywą niż nieżyciowy Albercik, stanowiliśmy jednak dwa uzupełniające się bieguny.

Jest Pan typem romantyka?
- Zależy, co pod tym terminem się rozumie. Na pewno jestem idealistą, człowiekiem sentymentalnym, to znaczy takim, dla którego emocje odgrywają dużą rolę, umiem się poświęcić rzeczom niekoniecznie przynoszącym dochód. Dla samej radości działania, współdziałania z innymi. Ten temperament społecznika miałem od dzieciństwa, od roli przewodniczącego klasy, samorządu szkolnego, drużynowego harcerstwa, szczepowego...

...Na prezesie ZASP skończywszy?
- Tak. Ponieważ ZASP to było wyzwanie, które zrodziło się we mnie po pobycie w Niemczech. Zobaczyłem, że polscy aktorzy i twórcy teatralni nie mają partnera, z którym mogliby mówić, czym jest teatr, jak powinien być prowadzony, jakie powinny być zabezpieczone warunki dla twórczości. Mieliśmy okres, w którym samorządy z trudem wygospodarowywały środki na koszta stałe budynku, ale już nie na twórczość. Mówiono, że teatry same mają sobie zdobywać sponsorów. To jest jakieś przemieszanie pojęć, które trwa do dzisiaj, kiedy traktuje się dyrektora teatru jako pracownika samorządu w tych teatrach, które są marszałkowskie. Nie mówiąc już o reformie samego zarządzania ZASP, który udało się uratować od zapaści finansowej.

Dlaczego wyjechał Pan do Niemiec?
- Pod koniec 1988 roku wyjechałem do Austrii. Na wybory w 1989 roku przyjechałem jeszcze do Polski, na krótko przed podjęciem pracy w serialu "Z klaunami przyszły łzy" w telewizji bawarskiej. Wyjechałem, bo czułem, że coś się wokół mnie kończy, nie otrzymywałem takich ról, jakich oczekiwałem, być może byłem zbyt niecierpliwy. Przede wszystkim jednak chciałem zobaczyć, czym jest Europa, co by było, gdyby się tam żyło i mieszkało. To doprowadziło w konsekwencji po paru latach do tego, że z żoną, dzieckiem i psem wyjechałem na dłużej za granicę. Z doświadczeń zdobytych tam czerpię do dzisiaj.

Zastanawiał się Pan nad pozostaniem za granicą?
- Za dużo byłoby komplikacji życiowych dotyczących przede wszystkim córki, jej matury, ona by to przypłaciła dwoma, jeżeli nie trzema latami w życiorysie. Małżonka też nie bardzo chciała się aklimatyzować w tamtejszej rzeczywistości. Osobiście pobyt w Niemczech traktowałem trochę sportowo, by udowodnić sobie, że stać mnie będzie na to, żeby nauczyć się języka obcego i posługiwać się nim w sposób artystyczny. Udowodniłem sobie, że to potrafię. Najbardziej cieszę się z tego, że mogłem prezentować polską literaturę w tłumaczeniach Karla Dedeciusa w różnych miastach Niemiec. Niedawno otrzymałem order zasługi prezydenta Niemiec, uroczystość odbyła się w Teatrze Polskim. Pobyt za granicą był dla mnie niezwykłym doświadczeniem, zobaczyłem, czym są demokratyczne Niemcy, czym jest w ogóle demokracja, jaki jest poziom życia artystów, jak są finansowane teatry. Zostałem prezesem ZASP, ponieważ chciałem wiele cennych rozwiązań niemieckich wprowadzić w Polsce. Uważałem, że brakuje nam związku scen polskich utrzymującego teatry na wzór związku scen niemieckich.
Niech pan zauważy, że w latach komunistycznych był możliwy ruch artystów pomiędzy miastami. Teatry miały do dyspozycji mieszkania dla artystów i można było grać np. w Tarnowie, a potem w Poznaniu i w Warszawie. To był ruch z pożytkiem dla całego zjawiska kultury. Dzisiaj mamy związanie aktora z jednym miejscem, jest w tym coś niezdrowego, bo wędrówka jest istotą tego zawodu.

Stąd Pana pomysł na jeżdżenie z monodramami po Polsce?
- To zupełnie inna historia. To wyrosło jeszcze z lat 70., kiedy występowałem z programami poezji w domach kultury. Nie było nic innego, więc słuchano poezji. Zaowocowało to moją aktywnością podczas Dni Kultury Chrześcijańskiej i własnym teatrem opartym na "Psalmach" Dawida w przekładzie Romana Brandstaettera. To były czasy bojkotu, wtedy w bardzo wielu miejscach grałem te swoje psalmy. Spektakl ten po latach zrealizowałem również na terenie Niemiec.

"Wierna rzeka", "Brzezina", "Noce i dnie", "Lekcja martwego języka", "Karol, człowiek, który został Papieżem", wiele można wymieniać tytułów, gdzie stworzył Pan wspaniałe, niezapomniane kreacje. Które są dla Pana najważniejsze?
- Wolałbym raczej powiedzieć, o które z tych wymienionych tytułów bym się dzisiaj upomniał, a nie, które najbardziej lubię. Bo jednak czas mija, a okazuje się, że TVP Kultury nie stać na to, aby wznowić Teatr Telewizji. Nie rozumiem tego, przecież to są nasze zbiory. Za parę dni, 17 maja, będzie mój dzień w TVP Kultura i kiedy upomniałem się o role w sztukach, które przepadły, a przez lata były w Teatrze Telewizji, tj. np. spektakl o Jonathanie Swifcie, który kiedyś został doceniony Złotym Ekranem, powiedziano mi, że się nie da tych sztuk pokazać, że to za drogie. O "Lekcji martwego języka", w której grałem porucznika Alfreda Kiekeritza, powiedziano mi dodatkowo, że kupiło ją Ale Kino. Nie bardzo wiem, dlaczego TVP Kultura nie ma dostępu do tzw. skarbnicy naszego dorobku.

Kiedy zainteresował się Pan bardziej kinem historycznym?
- Pan jest naprawdę uprzejmy, mówiąc, że to ja się zainteresowałem, a to polega przecież na tym, że reżyser zaprasza do współpracy albo nie. Bardzo ciekawie było na przykład przy "Wiernej rzece", to był stan wojenny. Toczyliśmy rozmowy z Tadeuszem Chmielewskim, kto mógłby zagrać Salomeę. Wymienialiśmy różne osoby, plusy i minusy. A za chwilkę, po odłożeniu słuchawki, telefon. "Proszę pana - słyszę kobiecy głos - a o jaki film chodzi, w jakim filmie będzie pan grał?". Rozmowy były podsłuchiwane. O tym, że film będzie się w ogóle realizowało, zdecydował sam Mieczysław Rakowski, uchylając w ten sposób decyzję Jerzego Passendorfera, który pełnił funkcję wiceministra kultury i zawiesił jego produkcję jako filmu antyrosyjskiego.

Dlaczego Rakowski się zgodził?
- Rozmawiał z Krystyną Jandą. Gdy dowiedział się, że chce wyjechać z kraju, powiedział: "Dlaczego chce pani wyjeżdżać z kraju, to mogłaby być rola dla pani?". Ona na to, że właśnie tę produkcję zawieszono. Przy niej wykonał telefon do ministra i zmieniono decyzję. Przecież musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że uruchamia siły, które znowu mogą jak "Dziady" budzić skojarzenia antyradzieckie, bo film o Powstaniu Styczniowym jednoznacznie tego typu emocje budził, tym bardziej że Tadeusz Chmielewski uparł się, aby wróg nie mówił po polsku, tylko po rosyjsku, w swoim języku. Film oczywiście przeleżał ileś czasu, ale został zrealizowany. Muszę podkreślić, że nasze pokolenie aktorskie było w dużym stopniu formowane na tematach odnoszących się do tradycji narodowej, niepodległościowej. Cały idealizm mojego pokolenia czerpany był z XIX wieku. "Dziady" z Gogolewskim, Jasiukiewiczem w reżyserii Aleksandra Bardiniego stały się w 1956 roku wyłomem w Teatrze Polskim, były pierwszą jaskółką. Wyznaczały sposób naszego myślenia. "Dziady" z 1968 roku przyniosły już prawdziwy przełom. W XIX wieku znajdowaliśmy marzenie o niepodległej Polsce. Wiedzieliśmy, że poświęcić życie dla wolnej Ojczyzny jest słuszną sprawą. Tęsknić za nią wolno było, jednak do pewnego stopnia, byleby nie wspominać o tych, którzy działali przeciwko sowieckiej okupacji...

Tak jak legendarny dowódca Armii Krajowej, generał August Emil Fieldorf "Nil"...
- Taka postać jak Fieldorf budzi zdumienie swoją niezłomnością. Jego postawa wydaje się dla jednych postawą nieracjonalną, dla drugich sentymentalną, zbyt heroiczną, żeby była prawdziwa. A ona była prawdziwa. Myślę, że gdzieś w kręgu rodzinnym znałem tak bezkompromisowych i prostych w swoich decyzjach ludzi. Stąd było moje przekonanie, że bohater jest skromny, ma świat uporządkowany, racjonalnie ocenia szanse swojego przeżycia w tym niejednoznacznym jeszcze stalinizmie, o niejasnym, klarownym obliczu zła, tak jak nam się dzisiaj wydaje. I jeżeli ten film widzę, to wzrusza on właśnie niezwykłością tego człowieka. "Nil" dla Polski ryzykował wszystko. A czy my dzisiaj umiemy myśleć kategoriami wspólnoty, ponadpartyjnego interesu? Zdecydowanie nie. Jesteśmy w jakimś obłędzie wzajemnej licytacji, ponad wspólnym planem dla dobra wszystkich. A tu przede wszystkim trzeba zobaczyć drugiego człowieka...

Rola generała "Nila" jest dla Pana ważna?
- Stała się pretekstem do wielu własnych rozmyślań, dostałem ją przecież już po sześćdziesiątce. Z początku nie zdawałem sobie sprawy, jak pomnikowa jest ta postać. Gdy to sobie uświadomiłem, zrozumiałem, jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczywa. Starałem się zobaczyć człowieka w dowódcy, który ogląda rzeczywistość z wielu pięter. Zna tych, którzy poszli jak kamienie rzucone na szaniec, aż po tych, którzy decydowali o historii w Londynie. Fieldorf okazał się nie romantykiem, który życie kładzie na szali, ale pragmatykiem, dowódcą wojskowym, który ocenia szansę powodzenia. Był świetnym logistykiem, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, stąd tyle jego udanych akcji. Są tacy widzowie, którzy oceniają ten film, mówiąc, że akcja faktycznie zaczyna się dziać od momentu zaaresztowania, ale spotykam też młodych ludzi, którzy mówią, że wstęp, który jest powolną opowieścią, buduje kontekst jego rodziny, wyobrażenia o normalności, świecie, który miał szanse jakiegoś rozwoju, ale który się zawalił. Zachęcam do obejrzenia tego filmu, ponieważ słyszę dookoła od ludzi słowa uznania za podjęcie tematu, co się jednak niebezpiecznie nie przekłada na liczbę widzów. Mamy zupełnie nowy rodzaj dystrybucji, który polega na tym, że albo film chwyci od razu, albo w ciągu dwóch tygodni zostanie wycofany przez dystrybutorów i to nam niestety grozi, bo jest za mała frekwencja. Z wypowiedzi córki generała Fieldorfa wnioskuję, że akceptuje całe przesłanie filmu, to jak zafunkcjonował przynajmniej w opinii prasy i pierwszych widzów. Rozumiem, że zastrzeżenia dotyczące rozwiązań fabularnych uznała w tej sytuacji za drugoplanowe, cieszę się również, że doceniła moją pracę nad rolą.

Trudno nie docenić...
- Zadają mi pytania, czy spotkałem się z córką generała. Przede wszystkim za późno dowiedziałem się, że można by było, że jest, że żyje. Po drugie, na tym etapie wyobraźni, pracy nad sobą, bałem się takiego spotkania. Obawiałem się, że raptem będę starał się wywiązać z jakichś zobowiązań, usłyszę o jakiejś cesze generała, o sposobie noszenia się, bycia i zachęci mnie to do ilustrowania. A ja skupiłem się na tym, by zrozumieć sceny i nie przeaktorzyć, mając na względzie uwagę śp. Stanisława Różewicza skierowaną kiedyś do mnie: "Co pan tyle gra". I to się sprawdziło.

Ma Pan jakieś pasje pozaaktorskie?
- Niestety, całe moje życie jest ułomne o tyle, że ani mnie nie interesują ryby, ani wyścigi Formuły 1 czy mecze piłki nożnej. Wtedy jedynie, kiedy są jakieś narodowe zrywy, staram się zrozumieć reguły gry i dołączyć do wiwatujących kibiców. Wszystko było dosyć obłokowe w moim życiu i kręciło się w sferze sztuki. Za mało czytam, ciągle nie ma na to tak naprawdę czasu.

Takie życie w biegu?
- Ale życie rodzinne jakoś się ostało przez te 40 lat, wnuki mają niezwykle ważne miejsce w moim harmonogramie czasu. Mam ich dwoje: 5-letniego Adasia i prawie 2-letnią Hanię.

Jak się Pan czuje w roli dziadka?
- Cudownie.

Pana żona jest także aktorką. Córka nie chciała pójść w Państwa ślady?
- Żona Grażyna Marzec od paru miesięcy, już jako emerytka, współpracuje z Polską Unią Transplantacyjną. Jeździ na szkolenia lekarzy, którzy muszą pertraktować z rodzinami potencjalnych dawców organów. Wspólnie z kolegą aktorem odgrywają sceny dla lekarzy, którzy uczą się pertraktacji. Obydwoje wymyślają jakieś postaci, nieistniejące sytuacje, a ci muszą szukać argumentów w swojej wyobraźni, by przekonać innych do słuszności oddania organów. Nigdy bym się nie postawił w takiej sytuacji, z podziwem patrzę na jej działalność i na jej ciągle wzrastającą wiedzę w tej dziedzinie. Żona sama przeszła ciężką chorobę, miała raka. Natomiast córka Zuzanna nie chciała być aktorką, marzyła o karierze tancerki, ale prosiła, bym nikomu w żadnym wywiadzie nie opowiadał o niej więcej.

Aktorstwo to dla Pana powołanie, pewien rodzaj służby?
- Tak. Niedawno Centrum Myśli Jana Pawła II opublikowało antologię literackich tekstów o Janie Pawle II. Znajduje się tam też dość obszerny fragment mojej wypowiedzi, który jest odpowiedzią na "List do artystów" Jana Pawła II. Byłem aktorem, który odczytał ten list Ojca Świętego jako pierwszy na konferencji prasowej w Episkopacie w 1999 roku i byłem pierwszym artystą, który go komentował. List stwarza bardzo szeroką bazę dla rozumienia swojej funkcji w społeczeństwie zarówno dla artysty wierzącego, jak i niewierzącego, szarpiącego się czy przeżywającego tajemnice wiary, ale stawia jeden warunek: angażuj się serio. Jest to rodzaj wzięcia się za bary ze światem, gdzie pieniądz nie odgrywa roli i nie ma pytania: ile mi za to zapłacą. Artysta musi być bezinteresowny, nawet ten kabaretowy, żeby dowcip się udał.

Czym wobec tego jest dla Pana wiara katolicka?
- Nie chciałbym mówić o niej, bo jest dla mnie sprawą intymną i różne jej fazy odczuwania, przeżywania i rozumienia miałem w życiu. Niewątpliwie najpiękniejsza była faza związana z obecnością wśród nas Ojca Świętego Jana Pawła II. Żaden okres w życiu nie zabezpiecza od wątpliwości, to nie jest tak, że przekraczając pewien wiek, ma się świat tak zbudowany, że daje on na wszystko odpowiedź. Ważna jest wzajemna pomoc w utwierdzaniu się w tym, czym jest wiara.

Dziękuję Panu za rozmowę.